.

.

czwartek, 28 stycznia 2016

Strangetown – rozdział dwudziesty trzeci "Kocha się za nic"

Strangetown – rozdział dwudziesty trzeci

Kocha się za nic


Uwaga: samochody, nawiązania do High School Musical (gratulujemy z okazji 10 rocznicy, tak przy okazji) i duuuuużo (za dużo) Szekspira; ponadto epizody żałoby oraz dylematy aż dwóch zakochanych par.


Automatyczne drzwi dzielące salę przylotów na lotnisku Beveters w Lucky Palms od hałasu głównej ulicy miasta rozsunęły się cicho i stojącą przed nimi grupkę ludzi owionęło gorące powietrze. Sean zamknął oczy, oślepiony blaskiem słońca, a Lisabeth odetchnęła głęboko.
– Uhhhh – Susan otarła czoło. – I pomyśleć, że zaledwie kilka godzin temu rzeczywiście dało się odczuć, że mamy marzec… Kiedy oni tu przyjadą?
Sally wzruszyła ramionami, siadając na walizce.
– To Zayn i Crispin, więc nie spodziewaj się jakiejś oszołamiającej punktualności.
Paradoksalnie, zaledwie trzy minuty później przed drzwi lotniska, wpychając się na pas dla taksówek pomiędzy dwie takowe, zajechał biały volkswagen, a za nim srebrny, połyskujący w słońcu jaguar XK, który posłusznie zatrzymał się na parkingu kilka metrów dalej. Przednie drzwi obu aut otworzyły się jednocześnie i z pierwszego wyskoczył Zayn, z drugiego natomiast Crispin.
– No nareszcie! – Sally wstała, pozwalając, by jej brat chwycił walizkę i ostentacyjnie wrzucił do bagażnika jaguara.
– A co, stęskniłaś się? – Crispin wzruszył ramionami. Ku zaskoczeniu wszystkich, dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało, po czym szybko odwróciła wzrok.
– Ja się stęskniłam za własnym łóżkiem – Megan usadowiła się na przednim siedzeniu auta, kładąc sobie swój plecak na kolanach. – I trochę rodzinką.
– Tylko trochę – zaznaczył Sean, siadając za nią na fotelu z tyłu. Obok niego zajęły miejsca Sally oraz Danielle.
– A wy co, już pogodzeni? – Zayn zlustrował wzrokiem Billa, gdy ten otwierał przed Lisabeth tylne drzwi golfa.
– Taaak, a co?
– Nie, nic, tylko… w sensie… no… – chłopak wzruszył ramionami. – Przegrałem zakład.
Para spojrzała po sobie, nie rozumiejąc.
– O ranyyy, naprawdę nikt wam nie powiedział? Po tej epickiej kłótni jeszcze dawno nie było takiego hazardu! Ian postawił sześć dolców, że się pogodzicie – uśmiechnął się beztrosko.
Dziewczyna przewróciła oczami i zniknęła w samochodzie, krzywiąc się.
– Dzięki stary – Bill prychnął. – Nie pomagasz.
Usiadł na środku pomiędzy Lisabeth a Susan, Samantha natomiast zajęła miejsce z przodu. Zayn wsiadł jako ostatni.
– No to co, kurs: Strangetown! – zawołał radośnie i przekręcił kluczyk w stacyjce. – Radziłbym przygotować się psychicznie, bo wczoraj Lady Wellert przebąkiwała coś o „epickim projekcie”, który ogłosi jutro, a zając ją, to nie jest nic szczególnie bezpiecznego…

If you wanna hang out you've got to take her out
Cocaine
If you wanna get down, down on the ground
Cocaine

– Serio? – Susan westchnęła. – Słuchasz Claptona?
– Samantha, wyłącz to! – zawtórował jej Bill.
– Nie! – Zayn zasłonił ręką przyciski. – To piosenka o kokainie! Mam ją na zapętleniu.
– Ach, to wyjaśnia, czemu tak ją lubisz – Lisabeth ukryła twarz w dłoniach. – To będą ciężkie godziny…

She don't lie, she don't lie, she don't lie

Cocaine! – krzyknął wraz z wokalistą chłopak, dodając gazu. Wszyscy pasażerowie samochodu jęknęli zgodnie.

***

Korytarze szkolne ciągnęły się w nieskończoność tego dnia, przynajmniej dla Bonnie. Dotrwanie do końca lekcji niemal ją pokonało – prawie zasnęła na matematyce; nawet Wampir świdrujący ją wzrokiem przez całe czterdzieści pięć minut nie przegonił uczucia senności. Dlatego ogromnie zdziwił ją dzwonek, rozpalający w sercach uczniów nadzieję. Wyrwana z letargu, szybko podliczyła w pamięci ilość przerw tego dnia. Kiedy doszła do siódmej, z radości niemalże podskoczyła w miejscu – to musiało oznaczać koniec zajęć!
Wyszła na korytarz i przepchnęła się przez tłumek uczniów do swojej szafki. Metalowa powierzchnia z zewnątrz niczym się nie różniła, w środku jednak została obklejona przypadkowymi zdjęciami kotów z cukierkowych czasopism matki i Leenie. Z błogą miną dziewczynka wywaliła książki i zeszyty na dno szafki (biały pers) oraz odwiesiła z haczyka kurtkę (rudy dachowiec). Właśnie zamykała szafkę, kiedy coś, a raczej ktoś, zderzył się z nią, powalając na podłogę.
Bonnie prędko stanęła na nogi i wybiła wzrok w guzdrzącego się na zabłoconych kafelkach ucznia. Chyba jednak "coś" byłoby lepszym określenie, pomyślała z niechęcią dziewczynka, rozpoznając Thomasa Collinsa.
Czego przejście blokujesz?! – warknął, podnosząc się z podłogi. Otrzepał spodnie i dopiero teraz spostrzegł, na kogo wpadł. Jego twarz wykrzywił grymas. – No no, Bonnie Treasure? Chyba powinienem zainwestować w płyn do dezynfekcji.
Kilkoro uczniów zainteresowało się wydarzeniami na korytarzu – konfrontacje Thomasa z innymi dzieciakami uważano za widowiska nierzadko kończące się spektakularnie, a gdy chodziło o Bonnie, zabawa była jeszcze lepsza. Parę osób opierających się o pobliskie szafki zachichotało.
Dziewczynka zacisnęła dłoń na uchwycie od szafki; nie powiedziała nic, ale jej knykcie pobielały.
Co nic nie mówisz? Zjadłaś język? A może jesteś taką świruską, że on wyrasta ci tylko na lekcjach? – chłopak najwyraźniej dobrze się bawił. Wianuszek otaczających ich uczniów stale się zwiększał. O dziwo, nie wszyscy przyklaskiwali Thomasowi: Riley Arrow kręciła z dezaprobatą głową, odrzucając do tyłu swe długie brązowe włosy, a stojąca obok niej Kim Yokel założyła ręce na piersi, mierząc go pogardliwym spojrzeniem. Nikt jednak nie wystąpił, by się mu sprzeciwić. Cóż. Nadzieja, że ktokolwiek by to zrobił, byłaby po prostu oznaką wybitnej wręcz naiwności.
Co, wciąż nic nie gadasz, Treasure? A może jak ci wybebeszę torbę, to zaczniesz? – wobec braku reakcji Bonnie, chłopak wyrwał jej torbę i począł wyrzucać z niej rzeczy. Na brudnej podłodze wylądowały dwa zeszyty, piórnik, strój na wuef…
Dobra, dobra, wystarczy już tego, Collins! – rozległ się wysoki głos. Bonnie, zesztywniała ze strachu i wstydu, podniosła głowę, po czym ujrzała Jill Smith oraz Bucka Grunta przedzierających się przez tłum. To ona wołała – nie wyglądała szczególnie groźnie w białej bluzce i różowej spódniczce, z włosami uczesanymi w dwa kucyki, jednak w jej spojrzeniu dało się dostrzec zdecydowanie, pogardę, jakiś taki… ogień.
Czego znowu chcesz, Smith? – żachnął się Thomas. – Jesteś po stronie tego popaprańca?
A jak ci powiem, że tak – to co zrobisz? – Jill wzniosła oczy do góry. – Skończ tę dziecinadę i zabieraj się stąd!
Wal-się-Smith – zaśpiewał w odpowiedzi. – Będzie mi rozkazywać, jeszcze czego! – rozejrzał się w poszukiwaniu poparcia. Kilkoro chłopaków skinęło głowami, jednak większość gapiów milczała. Riley znów pokręciła głową, a ten wysoki brunet, Jacob, prychnął:
Nie rządź się tak, Collins, lepiej na tym wyjdziesz.
Masz coś do mnie? – Thomas był już przy nim.
Mam!
Co, bronisz Treasure? Wielka miłość, a to mi… – urwał, gdy między nimi nagle wyrósł Buck.
Zostaw go, Thomas – syknął.
Chłopak szarpnął go za koszulkę, czym zarobił sobie kopniaka od Jill. Wściekły, obrócił się ku niej. Już miał ją uderzyć, gdy ktoś zawołał:
Ej, ej, młody, nie bije się dziewczyn!
Wszyscy uczniowie jak na komendę obrócili się w tamtą stronę – na schodach stała grupka maturzystów, a jeden z chłopaków, taki z długimi, brązowymi włosami, zbiegał po stopniach na dół. Bonnie kojarzyła go; nie pamiętała imienia, ale wiedziała, że to brat Bucka, ten, który gra na gitarze.
Thomas szybko ocenił swoje szanse. Wiedział, że licealista go nie uderzy, ale z drugiej strony wolał nie zajść mu za skórę, bo chłopak mógłby się na nim odegrać w inny sposób. Ze wściekłą miną opuścił pięść wymierzoną w Jill.
Spadaj stąd, Collins – wydusiła Bonnie słabym głosem, czując, jak węzeł strachu w brzuchu rozluźnia się trochę.
O, odezwała się wreszcie! – rzucił jeszcze Thomas, nim obrócił się i oddalił korytarzem, przechodząc między uczniami, którzy rozstąpili się, by zwolnić mu drogę.
Buck, Jill, wszystko okej? – brunet klepnął brata po ramieniu, po czym dodał konspiracyjnym szeptem: – Następnym razem przylej mu w twarz zanim zdąży się odezwać.
Jill uśmiechnęła się promiennie w odpowiedzi.
Ty, mała – maturzysta spojrzał na Bonnie. – Jesteś cała?
Dziewczynka skinęła głową, wciąż nie wierząc w to, co się działo.
Nazywasz się… Treasure. Bonnie Treasure, siostra Leenie i Kristena?
T-tak…
Uważaj na niego następnym razem. A wy, rozejść się! – machnął ręką na tłumek gapiów, po czym sam odszedł do czekających na niego znajomych.
Pomóc ci z tym? – Jill wskazała na rozsypane na ziemi przedmioty. Bonnie skinęła głową z wdzięcznością. Dziewczynki schyliły się i poczęły wrzucać kolejne rzeczy do trzymanej przez Bucka torby.
Ja… dziękuję wam za pomoc – powiedziała cicho Bonnie, gdy podłoga była już czysta.
Nie ma za co – chłopak uśmiechnął się do niej, podając jej torbę.
Ten Thomas to drań – dodała beztroskim tonem Jill. - Jakby znów coś od ciebie chciał, to krzycz. Nie przepuszczę okazji, żeby pokazać mu, gdzie jego miejsce! – i znów w jej oczach rozbłysły te dziwne płomienie.
Będę pamiętać – Bonnie wyciągnęła rękę. Dziewczynka uścisnęła ją.
Bonnie Treasure. Wiesz co, może chciałabyś dołączyć do naszego kółka teatralnego? Brakuje nam aktorów.


***

W Nocnej Sowie było jakoś nienaturalnie cicho, gdy Joel i Moo przekroczyli próg lokalu – kobieta musiała załatwić coś z Hootem, a on postanowił zabrać się wraz z nią. Barman stał za kontuarem; ubrany był w przyszarzały fartuch, przetarte sztruksy oraz brązowo-czarną koszulę w kratkę, z zakasanymi rękawami. Wyglądał na jakiegoś… oklapniętego, jakby uszło z niego całe powietrze. Pod oczami miał ciemne kręgi, świadectwo nieprzespanej nocy, a zmarszczki na twarzy jakby się pogłębiły. Joela uderzył widok siwych pasm odcinających się na tle jego kruczych włosów wyraźnie jak nigdy dotąd.
Saloon odwiedziło tylko kilka osób – w końcu był czwartek, około godziny trzynastej, więc większość mieszkańców miasteczka wciąż znajdowała się w pracy lub w szkole. Miejsce w kącie koło okna, przy kulawym stoliku, zajmował Oscar Del Fuego, bezmyślnie stukając w blat zakurzoną butelką piwa, opróżnioną w jednej trzeciej. Pod przeciwległą ścianą siedziały na topornie ciosanej ławie Victoria Feng oraz Pita Florica, pogrążone w szeptanej rozmowie. Gdy Moo z Joelem podeszli do baru, Hoot podniósł głowę znad wycieranych granatową ścierką szklanek po piwie i spojrzał na nich zmęczonym wzrokiem.
Przyszłam w sprawie tych starych mebli – odezwała się kobieta. – Mówiłeś coś o zepsutej kanapie, u mnie w mieszkaniu stoi jedna, której prawie nie używam, tylko zagraca salon…
Przerwał jej trzask otwieranych drzwi na tyłach lokalu oraz przejmujące skrzypienie zawiasów, gdy z zaplecza wyszedł Gimi Branko, dźwigając trzy skrzynki ustawione jedna na drugiej; przy każdym kroku dało się słyszeć dzwonienie butelek w środku.
Postaw to gdzieś tam – Hoot machnął ręką trochę nieprzytomnie, próbując skupić wzrok na pomarańczowych oczach Moo. – A, tak, kanapa…
Kobieta spojrzała na niego z uwagą i dotknęła jego policzka opuszkami palców.
Dobrze się czujesz? – spytała z troską.
Ja… chodzi o Annie. – skierował wzrok w dół, na swoje dłonie machinalnie wycierające ścierką suchą już dawno szklankę. – To się stało ze trzy, cztery dni temu, może słyszałaś… wieczorem wyszła z Nerwusem na spacer. W pewniej chwili nagle jakby zatrzęsła się ziemia, aż zadzwoniły butelki pod ladą… powiało chłodem… wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, jak kuli się na ziemi na środku ulicy, rzuca naokoło garściami bruku i wrzeszczy. Myślałem, że się, no wiesz, przemienia, ale nie, po prostu rzucała się, wyjąc wniebogłosy. Wybiegłem do niej, jakoś zdołaliśmy ją z Gimim zaciągnąć tutaj, ale potwornie się wyrywała. Aż musiałem dać jej w twarz, wtedy chyba ten szał jej minął, bo zaczęła się kiwać w przód i w tył i powtarzać „On odszedł, on odszedł”. Cały czas. I płakała, nie przestawała płakać.
Hoot zamilkł na chwilę, pokręcił głową, odstawił szklankę na blat, po czym wziął następną.
Zaniosłem ją do łóżka, była taka zwiotczała, niemal się nie ruszała – podjął. – Czasami miewa takie wahania nastroju, postanowiłem, że zaczekam jeszcze z wzywaniem lekarza. W nocy się nie przemieniła, ale wciąż płakała. Rano dało się już cokolwiek z niej wydusić, mówiła coś o śmierci Nerwusa, czarnej mgle, mamie…
Joel położył mu rękę na ramieniu w geście współczucia; Hoot skinął na to głową, wpatrując się w wycieraną szklankę z takim wyrazem twarzy, jakby poza nią nie istniało na świecie nic, co miałoby jakąkolwiek wartość.
Siedzi na górze od tego czasu – mruknął. – Raz się zmieniła, na bardzo krótko. Nie śpi całe noce, a jak już zaśnie, to wrzeszczy przez sen. Nie mam pojęcia, co z nią zrobić… czy brać ją do szpitala, czy… Czasami jest spokojna, taka apatyczna, jakby jej nie było, a zaraz dostaje szału, rozbija przedmioty, krzyczy… serce mi się kraja, jak tak na nią patrzę… – oczy zaszły mu łzami. Moo stanęła na palcach i wychyliła się nad kontuarem, by go niezgrabnie przytulić. Joel przygryzł wargę. Śmierć Nerwusa? Czarna mgła, dziwny chłód oraz trzęsienie ziemi wydały mu się dziwnie znajome; przywodziły na myśl nieprzyjemne wspomnienia z ratusza. Powiązane ze słowami Annie, jej okrzykiem „On odszedł”, prowadziły do niepokojącej refleksji.
Nerwus rzeczywiście mógł…
Ale… czegoś mi tu brakuje. Nie znaleźliście Nerwusa? – spytała Moo, głęboko poruszona. Hoot pokręcił powoli głową.
Jakby rozpłynął się w powietrzu…
Wymieniła z Joelem spojrzenia. Coraz więcej szczegółów się zgadzało, poza jednym, kluczowym – brakowało ciała.
Annie pytała się o ciebie – wychrypiał po chwili Hoot, podnosząc wzrok na Joela. – Gadała wczoraj z Pitą, tuż po tym, jak się przemieniła. Chyba coś jej się przypomniało i chciała cię przeprosić… no wiesz, że cię tak wtedy… nastraszyła… – Joel skrzywił się na wspomnienie pierwszej konfrontacji z przemienioną w Nocną Bestię dziewczyną. – Słuchaj, stary, ona naprawdę cię lubi…
Mężczyzna poruszył się niespokojnie. Hmm. Annie go lubi. Poddał tę myśl rozważaniom. Nie to, że chował jakąś urazę – wiedział, że dziewczyna zaatakowała go, nie będąc sobą. Po prostu od tamtego czasu omijał ją możliwie jak najszerszym łukiem, bo zwyczajnie się bał. Ani razu nie przyszło mu do głowy, iż Annie mogła się źle z tym czuć.
Przytaknął bardziej swoim myślom niż słowom Hoota.
Pójdę do niej… pogadam… – wykonawszy nieokreślony ruch, skierował się ku wąskim schodom prowadzącym na górę.
Korytarz na piętrze był ciasny, ciemny i ponury – wrażenie to potęgowały gołe, brudnobeżowe ściany oraz stercząca z sufitu żarówka na białym kablu, zresztą niedziałająca. Joel rozejrzał się: miał do wyboru czworo drzwi. Jedne, uchylone, prowadziły do malutkiej, obskurnej łazienki, co zobaczył przez szparę. Za drugimi znajdował się pokój gościnny, co wiedział z doświadczenia, ponieważ kiedyś pomagał Hootowi wynosić stąd dywan i zasłonki do wietrzenia. Na pozostałych dwóch znajdowały się inskrypcje – tabliczka na tych wciśniętych obok łazienki głosiła „Hoot”, natomiast przybita do drzwi najbliżej schodów – „Annabel”. Papier zmarszczył się już i zżółkł w miarę upływu lat, a granatowy atrament, którym wykaligrafowano litery, zblakł.
Joel zawahał się. Po chwili namysłu zapukał niepewnie. Nie usłyszawszy odpowiedzi, przekręcił gałkę, po czym pchnął lekko drzwi.
Annie stała tyłem do wejścia, na tle okna na przeciwległej ścianie. Mały pokoik zalewało sączące się przezeń światło słońca.
Eee... cześć, Annie – powiedział niepewnie, wciąż z ręką na klamce.
Cześć, Joel.
Odwróciła się powoli i popatrzyła na niego. Twarz miała bladą, włosy rozczochrane, a jasnoniebieskie oczy zaczerwienione od płaczu; popękane, suche wargi krwawiły. Stanowiła obraz rozpaczy tak głębokiej, że aż zatraciła w niej siebie.
Co tu robisz? – spytała cichym, ochrypłym głosem. – Przyszedłeś mnie pocieszyć?
Podobno chciałaś ze mną rozmawiać…?
Zapatrzyła się gdzieś przed siebie i nagle jej oczy zamigotały lekko, jakby coś sobie przypomniała. Spojrzała z powrotem na Joela.
Chciałam cię przeprosić za tamto – powiedziała bezbarwnym tonem. – Za… no wiesz, że cię wystraszyłam. Chyba teraz się mnie boisz – spojrzała w okno. – Powinieneś.
Otworzył usta, ale nie wiedział, co powiedzieć, bo zaprzeczanie nie miało sensu.
No, faktycznie, trochę mnie przestraszyłaś – silił się na uśmiech. – Ale nie bierz tego do siebie, ja…
Roześmiała się cicho strasznym głosem całkowicie pozbawionym wesołości.
To nie ma znaczenia.
Wyciągnęła do niego otwartą dłoń, pokazując mu leżącą na niej malutką przywieszkę złote serduszko, lekko obtłuczone, brudne i trochę zaśniedziałe.
Znalazłam to na parapecie wczoraj wieczorem rzekła tym samym suchym, odległym tonem. Dałam ją mu jakiś czas temu. Powiedziałam, że go kocham.
Przeszedł ją dreszcz, potrząsnęła gwałtownie głową.
Nie powinnam. Zawsze tracę tych, których kocham.
Niczym pędzący pociąg uderzyło Joela, jak bardzo ta dziewczyna potrzebowała prawdziwego przyjaciela – kogoś, kto przytuliłby ją i pogłaskał po włosach, powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że akceptuje ją taką, jaką jest. Że kocha ją pomimo klątwy.
A gdy kogoś takiego znalazła, on umarł.
Annie zacisnęła dłoń w pięść, po czym zachwiała się. Opadła na wysłużone łóżko, a jasne włosy rozsypały się wokół jej głowy na zmiętoszonym kocu, odcinając się na tle granatowo-szarych zygzaków. Joel pomyślał przez chwilę, że zemdlała, ale nie – dziewczyna rozglądała się po pokoju, a gdy jej wzrok napotkał błękitne firanki, nagle zaniosła się spazmatycznym szlochem. Cofnął się zaskoczony, wpadając na ścianę. Annie rzucała się po materacu, a łzy spływały potokami po jej bladej twarzy. Po chwili zamarła w jednej pozycji i zamknęła oczy, nie przestając jednak płakać.
Pod wpływem impulsu zbliżył się do niej. Z wahaniem przysiadł na samym brzeżku łóżka, a gdy dziewczyna nie rzuciła się na niego, ostrożnie położył jej rękę na ramieniu. Wzięła głęboki drżący oddech, po czym rozwarła powieki. Przez kilka sekund wpatrywała się w Joela swymi jasnoniebieskimi oczami pełnymi łez, a następnie – mężczyzna nie do końca zdał sobie sprawę, jak to się stało – już trzymał ją w ramionach, trzęsącą się i łkającą cicho.
Och, Joel, przecież on nie mógł odejść… nie mógł umrzeć… – szeptała łamiącym się głosem. – On by mnie nie zostawił…

***

Upał wiszący nad sennym, opustoszałym o tej porze Deadtree był niemal namacalny. Gimi siedział na starej, wysłużonej ławce na ganku saloonu i przesuwał wzrokiem po ciemnych kamieniczkach, zapiaszczonej ulicy, karłowatych krzakach. Ostre światło słońca odbijało się od jasnych desek, z których zbity został niewysoki płotek ciągnący się wzdłuż drogi po jednej jej stronie. Żwir zdawał się wprost gotować, tak było skwarno.
Gimi odrzucił głowę do tyłu, czując, jak pojedyncza kropelka potu spływa mu po czole. Upał skutecznie uniemożliwiał mu skupienie się na jakichkolwiek w miarę złożonych ciągach myślowych, pozwolił więc swojemu umysłowi błądzić i czekał tylko z ciekawością, gdzie go zaprowadzi.
Po chwili nieskładnej, chaotycznej wędrówki odkrył, że trafił do Paradise Place. Widział Espiritu Estate, uchyloną furtkę. Widział ją w ogrodzie, sączyła mrożoną kawę i uśmiechała się do siebie tajemniczo. Z domu rozległo się przytłumione wołanie, na co drgnęła; widział, jak Bella wstaje powoli, z gracją, i znika za drzwiami, które zamykają się cicho.
Puszczanie umysłu na swobodne wędrówki ostatnio nie było najlepszym pomysłem.
Chyba miał obsesję; myślał o niej cały czas, widział jej twarz, gdy zamykał oczy. Jej sylwetka była każdym cieniem żeliwnej latarni na piachu, a każdy szelest – szeptem jej słów niesionym przez wiatr. Jej podobiznę nosił wymalowaną po wewnętrznej stronie powiek i nic nie mógł na to poradzić.
Kiedy o tym wspominał, Pita śmiała się głośno. „Czemu tak ją omijasz?” – spytała kiedyś. – „Zbierz się do kupy, Romeo, i leć śpiewać pod jej balkonem, bo inaczej chyba nigdy nic z tego nie będzie.”
Właśnie – tu tkwił problem. Unikał jej.
Niewykluczone, że i ona unikała jego. To było takie dziwne: co noc w głowie tworzył całe scenariusze rozmów, starannie dobierał słowa, ale kiedy tylko ją widział, nagle na płucach zaciskała się żelazna obręcz, w ustach zasychało – i odwracał wzrok, udając, że jej nie widzi. Odchodził, przeklinając szeptem.
Ukrył twarz w dłoniach. Tak bardzo chciał ją zobaczyć, porozmawiać z nią, dotknąć jej dłoni… jednak za każdym razem, gdy miał szansę, ogarniało go jakieś przerażenie – nie wiedział czemu, ale bał się… a potem znów prześladowała go w snach.
Bella, Bella, Bella, Bella, Bella. Powtarzając jej imię, nie potrzebował wody do życia.
Z ust wyrwało mu się coś pomiędzy jękiem a warknięciem. Zerwał się na równe nogi; nagle poczuł, że nie da rady usiedzieć tu ani sekundy dłużej. Skoczył ku przednim drzwiom zaparkowanego po drugiej stronie ulicy karawanu i po chwili już pędził pustą drogą. Mijał suche krzaki, nieliczne usypane z piasku pagórki, minął Paradise Place, stację benzynową, wąski, ukryty za skarpą zjazd do bazy wojskowej, skałę Bum. Nie wiedział, gdzie jedzie – po prostu gnał przed siebie.

***

Lady Wellert znacząco odkaszlnęła, przesuwając wzrokiem po ustawionych w trzy kolumny po pięć rzędów ławkach. Znaczące odkaszlnięcie uciszyło tylko tych uczniów klasy III a, którzy je usłyszeli – a z powodu panujących w sali rozmów, była to rażąca mniejszość.
Odkaszlnęła więc jeszcze raz, nieco głośniej
A więc – zaczęła nadwyraz energicznie, podniesionym głosem – jak zapewne zdajecie sobie sprawę, koniec roku zbliża się nieubłaganie; razem z Louisem pomyśleliśmy, że warto byłoby z tej okazji wystawić jakieś przedstawienie…
Drugi High School Musical nam tu rośnie! – przerwał jej z rozpaczą Kristen, na szczęście nie za głośno. Bill, siedzący obok niego w ławce, przewrócił oczami.
Wciąż pamiętam, jak w pierwszej klasie musiałem być Hamletem w Hamlecie – pocieszył go Ripp.
Taak, pamiętam, a Ophelia grała Ofelię – dodał Johnny kwaśno. Pomysł obsadzenia jego dziewczyny oraz najlepszego przyjaciela w rolach kochanków od początku nie przypadł mu do gustu.
Tamten występ wyszedł nam całkiem nieźle! – wtrącił Crispin, wychylając się ze swojej ławki.
Nadal uważam, że moja rola była zbędna – odparł Ripp.
Wyobraź sobie Hamleta bez Hamleta...
A czy Hamlet nie był przypadkiem głównie o Hamlecie? – zastanowił się Bill.
Brawo, inteligencie – prychnęła Sally z drugiego końca sali.
Trzecia i czwarta ławka, cicho tam! – krzyknęła Lady Wellert i kontynuowała: – W tym roku uważam, iż dorośliście już do... Romea i Julii.
Dorośliśmy? Serio? – westchnęła Zoe, patrząc na Zayna okładającego Iana książką od WOSu.
Dokładnie – poparł ją Ripp. – Mając piętnaście lat, wystawialiśmy sztukę, w której Ophie topiła się w rzece, ja traciłem zmysły i w ogóle. Romeo i Julia chyba nie jest takie złe.
Akcja trwa trzy dni, trupów było z sześć. – uściślił Johnny. – Pamiętam takie rzeczy!
Czwarta ławka! – zawołała nauczycielka.
Kto będzie grał główne role? – spytała Leenie, której marzyły się studia aktorskie.
To dobre pytanie – Lady Wellert podniosła głos. – Kto chce zagrać główne role?!
Zapadła cisza.
Na sali będą delegaci z Akademii Artystycznej w Monte Vista, w tym z wydziału aktorstwa – dodała.
Ręka Leenie wystrzeliła do góry.
Ja! Ja! Ja się zgłaszam!!
Dobrze. – Lady Wellert zapisała coś w zeszycie.
Leenie będzie niezłą Julią – Bill szturchnął Kristena pod żebra.
C-coo? – Crispin podniósł głowę ze stołu. – Chyba się zdrzemnąłem...
Twoja dziewczyna zagra Julkę! – zawołał radośnie Ripp.
Nie wyjeżdżaj mi tu z żadną jego dziewczyną! – warknął Kristen.
Trzy...czte... – Johnny kątem oka spojrzał na nauczycielkę, która, powoli tracąc cierpliwość, wymownie stukała obcasem w podłogę, jednak nie na tyle głośno, by przebić się przez rozmowę na tyłach sali. – ...ry!
TRZECIA I CZWARTA ŁAWKA!!! – zawyła cała klasa plus Lady Wellert. – Proszę, proszę, chłopcy aż palą się do aktorstwa!
Chłopakom z trzeciej i czwartej ławki odebrało głos.
Ups... – szepnęła szyderczo Sally.
Sally, ciebie również poproszę na środek.
Ups. – stwierdziła Zoe.
Zoe, ty też! – nauczycielka była już lekko wściekła. – Giselle, Lisabeth, wy także.
W efekcie niedługo później pod tablicą stali w rzędzie kolejno Sally, Crispin, Stella, Zoe, Zayn, Bill, Ripp, Johnny, Lisabeth, Giselle, Ian, Sean i Kristen.
Naprawdę, piękna z was gromadka – Lady Wellert pokiwała głową. – Na początek, Sally i Zayn Carter, jesteście państwem Cappuletti.
Czym? – wyrwało się Zaynowi. Plastyczka pokręciła tylko głową.
Ripp – kontynuowała – jesteś Merkucjem. Johnny... Tybaltem.
Zielony Tybalt? – jęknęła Zoe.
Zoe! – zawołała radośnie nauczycielka. – I Lisabeth, jak miło! Będziecie towarzyszkami Julii.
CO?! – krzyknęły obie dziewczyny, patrząc na siebie nawzajem. – Ja?! Z nią?! Kumpelkami Leenie?!
No dzięki – mruknęła panna Moral.
Wzrok Lady Wellert padł na Kristena i Seana, stojących obok siebie.
Kristen, jak będziesz czuł się w roli Benvolia? – spytała wesoło.
Tak samo źle, jak w każdej innej – westchnął chłopak. – Nie mogliśmy wystawiać Jeziora Łabędziego?!
Taak, a Bill byłby Odettą – poparła go Sally.
Dosyć – nauczycielka wciąż tryskała szyderczym optymizmem. – Sean, będziesz... no powiedzmy, Parysem.
Lisabeth nieśmiało podniosła rękę.
Proszę pani, fryzura Seana tak świetnie komponowałaby się z sutanną Ojca Laurentego...
CO?! – krzyknął przerażony chłopak.
Masz rację, Lisa! – Lady Wellert uśmiechnęła się okrutnie. – Zmieniam zdanie, Parysem będzie Bill.
O nie! – jęknęła dziewczyna.
Sam Bill strzelił oczko do Leenie.
Cześć, słodka! – a na spojrzenie Lisy wzruszył ramionami. – No co? Wczuwam się w rolę.
A rodzice Romea? – rzuciła Zoe, zaciskając kciuki i patrząc z nienawiścią na Giselle.
Ian i Stella – odparła plastyczka bez mrugnięcia okiem.
Dziewczyna posmutniała, ale zaraz uśmiech z powrotem pojawił się na jej twarzy.
A Rozalina? – spytała tak niewinnie, że nikt, nawet dobrze wyczulony na jej grę Ripp, nie dojrzałby w tym jakiegokolwiek podstępu.
Nauczycielka przebiegła wzrokiem po uczniach stojących pod tablicą.
Może Giselle Edwards?
Zoe wyrzuciła pięści w górę w niemym „YESSSSS!!”, a Ripp pokazał jej środkowy palec.
Johnny rozejrzał się dookoła.
Kto będzie grał Martę? Wszystkie dziewczyny mają już role.
Tanner Bervick! – zawołała beztrosko Lady Wellert. – Na specjalną prośbę.
Tego o nim nie wiedziałem… – Bill wytrzeszczył oczy.
A więc, skoro wszystkie role są już obsadzone, możecie już… – nauczycielka urwała, widząc Crispina nieśmiało podnoszącego rękę.
A ja? – zapytał z cieniem obawy w głosie.
No właśnie! Jak mogłam zapomnieć? Nie mamy Romea! Crispin, będziesz Romeem.
CO?! NIE!!! – Leenie padła na ziemię i zaczęła wyć. Cała klasa przyglądała jej się w zaciekawieniu.
A kim on był? Nie umawiał się z Merkucjem, co? – chłopak rzucił zlęknione spojrzenie na Rippa.
Nie martw się! – zawołała Lisabeth, patrząc z uciechą na rozpaczającą Leenie. – To ten, co przeleciał Julkę!
Co? – Crispin wyglądał, jakby nie wierzył we własne szczęście – Błagam, powiedzcie, że to się pojawi w naszym przedstawieniu.
Zboczeniec – Giselle rzuciła mu zdegustowane spojrzenie, próbując uspokoić łkającą i powtarzającą w kółko „Ale...ale...” Leenie.
Trochę oryginalności, Giz. To, że Leenie nie jest w stanie mnie zwyzywać, nie znaczy, że masz ją tak kiepsko zastępować. Wysil się, więcej wyobraźni! – mruknął ironicznie Crispin i przybił piątkę z Seanem.
Spróbuj tknąć moją siostrę... – warknął niezbyt zachęcająco Kristen. Uderzał pięścią o otwartą dłoń, z taką miną, że rzeczony Romeo pobladł.
Ale...ale... – dla odmiany Crispin zająknął się.
Atak histerii Leenie przybrał na sile; potrząsała głową jak pies z mokrym futrem.
Akademia Artystyczna... ale... Całowanie z Crispinem... ale... Akademia! – mruczała do siebie i pojękiwała cicho, kiwając się na ziemi w przód i w tył.
Wyprowadzę ją lepiej – mruknęła coraz bardziej zaniepokojona Giselle. Lady Wellert skinęła szybko głową. – Leenie, Leenie, myśl o Cristiano Ronaldo, myśl o Messim!
I co my mamy zrobić? Nasi kochankowie są w stanie permanentnej wojny! Jednostronnej, ale jednak wojny! – westchnął żałośnie Johnny.
Ophelia spojrzała na niego nierozumiejącym wzrokiem.
No jak to? Przedstawienie musi trwać!
Ale również my będziemy musieli potem złożyć się na psychiatrę dla Leenie, a może i jakiś miesięczny wyjazd do sanatorium, takiego bez śladowej ilości Szekspira... – parsknął Bill głosem zabarwionym lekką histerią, machając gwałtownie rękoma. Załamanie psychiczne dziewczyny udzieliło się chyba wszystkim.
Hmm... Jeśli to by znaczyło, że... przestanie ci się podobać, to jak dla mnie, nawet nie musimy. – Lisabeth uśmiechnęła się anielsko.
To nawet jak na ciebie było wredne – warknęła Zoe. – Leenie jest OK.
Czy Romeo nie ma nic do gadania? – zapytał Crispin.
NIE! – wrzasnęła na niego klasa. Wzruszył ramionami i wyszedł z sali. Lady Wellert, która już dawno opadła na krzesło przy biurku nauczyciela, postanawiając, że nie będzie się wtrącać, gdy odczuła, iż sytuacja zaczyna wymykać się jej z rąk, nawet go nie zatrzymała.
Wiadomo, Leenie nawet przez tego cymbała nie zrezygnuje. Ona koniecznie chce się dostać do Monte Vista na teatr. – stwierdził Kristen.
Bill patrzył ze zdziwieniem na Lisabeth. Chyba poczuł się w obowiązku obronienia swojej miłości (co z tego, że tylko w sztuce).
Przestań po niej jeździć, Lisa. To ja się w niej bujam, nie ona we mnie! To znaczy, yyy... mam nadzieję – powiedział – choć w sumie to byłoby nieźle... – dodał szeptem, porównując w myślach figurę Lisabeth do kształtów Leenie. Jego dziewczyna nie wypadła najlepiej.
Ty wybiłeś zęby twojemu konkurentowi! Czemu ja nie mogę być zazdrosna?
Chłopak niezbyt jej nie słuchał – nadal porównywał ewentualne korzyści i wady ze zmiany partnerki (choć na trochę). Sean dał mu sójkę w bok.
Co? – zapytał nieco zdezorientowany. Kiedy już skumał, że Lisa nadal nie odpuściła, postanowił zagrać atutową kartą.
Wiesz, jak ona świetnie gra na gitarze! Sama ją chciałaś do zespołu, za Meg – stwierdził rozsądnie.
Ej! – Sean spojrzała oskarżycielsko na Lisabeth, stając w obronie swojej dziewczyny.
Lisabeth zamyśliła się. Bill wyszczerzył się do kolegi.
Masz rację, nie mogę pozwolić na zmarnowanie takiego talentu! – stwierdziła w końcu dobitnie, rozglądając się. – Wysyłamy poselstwo do scenarzysty, żeby usunął sceny erotyczne. Kto jest scenarzystą?
Ophelia podniosła głowę znad Snu Nocy Letniej.
Ja. – najwyraźniej miała dziś nastrój na pożeranie mózgów. Lisabeth przełknęła głośno ślinę.
To... nieco komplikuje sprawę – powiedziała w końcu. W odpowiedzi koleżanka uśmiechnęła się promiennie.

***

Miała dość. Bella miała dość. Naprawdę. Prażące słońce niszczyło jej równomierną opaleniznę. Ręce zdrętwiały jej od trzymania ozdobnej, perfumowanej kartki papieru w jednej pozycji. Kręciło jej się w głowie, ponieważ wystawała w bezruchu od półgodziny. No i jeszcze naszła ją ochota, by splunąć na ziemię niczym jakiś nieokrzesany wieśniak – a to zupełnie nie pasowało do jej image'u nieczułej damy. Cóż, podobnie jak pustynny piasek w ustach.
Jak znalazła się w tak uwłaczającej sytuacji? Poniekąd była to głównie jej wina. Jej i współczującego, czułego na romantyzm serca. Jakiś czas temu złożyła obietnicę swojej służącej. Emily przedstawiła jej historię wielkiej, tragicznej miłości. Bella pamiętała dokładnie, co sobie wtedy pomyślała – "A tak niewiele brakowało, by nawet śmierć nie mogła ich rozłączyć! Tylko kilka metrów!". Emily, zaklęta w domu Belli, niemalże nigdy nie była w stanie go opuścić. Podobnie Lloyd Benedict, jej płonący (bynajmniej nie z namiętności) zalotnik, nie potrafił odejść z miejsca swojej śmierci. Dzień w dzień, przez długie dekady, dzieliła ich szerokość trawnika Belli. "Niczym żelazna ręka bogów!" – dodała w myślach pani domu, ulegając romantycznej wizji.
Kobietę zdjęła litość dla nieszczęsnej pary. I czym się to skończyło? Robiła za posłańca przez 24 godzina na dobę, osiem dni w tygodniu! A przynajmniej takie odnosiła wrażenie.
Dlatego właśnie teraz wystawała w prażącym słońcu na środku pustyni (i swojego trawnika) nie wiadomo jak długo (czyli pół godziny) to czekając, aż Lloyd przeczyta wiadomość od Emily (musiała przytrzymywać mu ją przed oczami), to znowu przyglądając się, jak bezskutecznie próbuje zapisać odpowiedź (na początku nieodmiennie, nieważne ile razy przez to przechodzili, nie chciał podyktować jej treści, wzbraniając się przed pozwalaniem osobom postronnym na czytanie jego korespondencji), aż wreszcie pisząc pięć różnych wersji listu, wsłuchawszy uprzednio jego narzekań na jej poziom francuskiego.
Nie mówiąc już o horrendalnych cenach perfumowanej papeterii, z której uparli się korzystać (wcześniej zmusili Bellę do zamówienia kontenera próbek). Przecież żadne z nich nie czuło zapachów! – Emily przez katar sienny, a Lloyd przez swoją duchową postać.
"Wreszcie!" – pomyślała Bella, gdy pan Benedict wskazał najlepszą, jego zdaniem, wersję. Kobieta czym prędzej popędziła do rezydencji, na progu wciskając czekającej Emily pachnący konwaliami świstek. Dziewczyna czmychnęła do salonu, potykając się o marszczone brzegi fioletowej sukienki. Bella podążyła za nią, przy okazji włączając radio. Z głośnika dobiegło ją "Tragedy" Christiny Perri.
Bella z westchnieniem oparła się o ramę dużego okna i rzuciła okiem na Emily, która z rozmarzeniem wczytywała się w wiadomość. Kobieta prędko odwróciła wzrok, który padł z kolei na wymarło-miastowy krajobraz za szybą. Po zapiaszczonej drodze sunął czarny, podniszczony karawan. Mimo ogromnej odległości słyszała jękliwe wycie skrzypiącej karoserii, sypiącej rdzą niczym konfetti. Ogromnej odległości... "Hmpf" – pomyślała ponuro Bella – "Życie jest do bani".
Och, panno Bello! Przepraszam! – zawołała Emily, oderwawszy się od swojej korespondencji. – Właśnie upiekłam piernik!
Bella spojrzała na nią pytająco.
Z pani ulubionymi powidłami. Jest jeszcze cieeepły! – dodała zachęcająco dziewczyna. Bella dała się skusić.
"Hmpf" – pomyślała dziesięć minut później, zbierając ostatnie okruszki z talerza – "Chyba jednak jest całkiem niezłe"*

La la la la la la love
La la la la la la love


___________

Przypisy

* Belli chodzi o życie, nie o ciasto. Piernik jest (cytuję)"pierwszej klasy, pierwszej wody, jak się patrzy, niewymowny, uderzający, niepospolity, bezprzykładny(...)" [źródło: http://synonim.net/synonim/wspaniały#g443-kuchnia]

Od autorek (dwóch!):
O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słod­ka i ma kształt. Spróbuj zde­finiować kształt gruszki. - Andrzej Sapkowski
Naprawdę nie chcę streszczać historii powstawania tego tytułu. "Bo miłość jest jak kaloryfer...", "Romantyzm był romantyczny, przynajmniej czasami...". Chyba nigdy nie poznałyśmy tylu mądrych sentencji w tak krótkim czasie.
Na zakończenie chciałabym pozdrowić Herbatę za to, że lubi Joela i Annie.
 #słowakiewicz
PS. Blogger psuje formatowanie, to nie nasza wina :S


Credity piosenek:
Cocaine - Eric Clapton
Tragedy - Christina Perri